Dzień dobry, ulica Narbutta

0
549

Między ulicą Puławska i Andrzeja Boboli leży ulica pełna niezwykłych i malowniczych kamienic i pałacyków. Był to niegdyś trakt łączący trasę do Puław z mokotowskimi gruntami. Część z nich należała do litewskiego kupca Georga Narbuta i przez niego została rozparcelowana tworząc widoczny dziś układ ulicy i odchodzących od niej mniejszych uliczek. Mieszkały tu naprawdę zasłużone dla Warszawy rody oraz znani Polacy, którzy odpowiadali za zabudowę te ulicy. Jej patronem jest dziś powstaniec styczniowy Ludwik Narbutt, który śmierć poniósł podczas powstania styczniowego, pod Dubiczami.

Stało się to w wyniku zdrady i choć nie był w Warszawie nigdy to zapisał się na kartach historii jako dowódca walczący za niepodległość i tym sposobem zdegradował Georga Narbuta, który wcześniej czynił honory jako patron tejże arterii. Zatem w 1928 roku do Narbuta dodano jedno t i dziś przechadzamy się ulicą Ludwika Narbutta. Poniżej co ciekawsze miejsca, smaczki i historie zapierające dech w piersiach.

Narbutta 2

Zaczynamy od numeru 2. Nie da się ukryć, że „brama wejściowa” do ulicy Narbutta dostała wielkomiejską oprawę w postaci funkcjonalistycznej ogromnej bryły, która właściwie po całości jest przeszklona oknami. Dodatkowo ustawiona na kolumnach, jakby na chudych nóżkach, co nadaje jej lekkości. Mowa tu o kamienicy Wielopolskich, która zbudowana została wg projektu Zygmunta Plater-Zyberka. Funkcjonalistyczna perełka stworzona na podstawie zasad wytyczonych przez Corbusiera (ojca funkcjonalizmu w najczystszej postaci). Niestety budynek zniszczony został w czasie II wojny. Po jej zakończeniu w większej części otynkowany, wiec oryginalna elewacje można zobaczyć tylko na kawałku od strony Puławskiej.  Niech nie zmyli nas jednak ta wielkomiejskość, gdyż w dalszej części raczej próżno jej szukać na Narbutta.

Narbutta 3a

Przenieśmy się zatem kilka kroków dalej. Po przeciwnej stronie ulicy stoi sobie niepozorna kamieniczka. Na jej fasadzie widnieje napis „Sprawdzono min nie ma”. Umieścił ją na murze saper Wojska Polskiego w czasie akcji rozminowywania Warszawy. Podobne napisy wykonywane były w roku 1945 nie także na terenie, Śródmieścia i Ochoty. Renowację tego napisu i tablicę ochronną sfinansowała dzielnica Mokotów m.st. Warszawy. Brawo! Niestety w wielu miejscach w Warszawie przez ocieplanie budynków albo inne prace remontowe większość takich napisów definitywnie zniknęła.

Narbutta 5

Po tej samej stronie stoi kamienica należąca do rodziny Wyporków. Antoni Wyporek był właścicielem firmy „Skiba i Wyporek” prowadzącej sklep z przyborami fotograficznymi oraz wyświetlarni projektów i rysunków technicznych. Po wojnie rodzina została wezwana na oględziny swojej kamienicy oraz poinformowana, ze straciła prawo do gruntu. Ponoć jeszcze długo po tym można było zobaczyć tabliczkę z nazwiskiem właścicieli. Dziś śladu po niej nie ma.

 

Narbutta 7

Przechodząc dalej zobaczyć możemy kamienicę, przy której koniecznie trzeba przypomnieć piękną historię rodziny Wedlów. A zaczęło się tak. W 1851 roku do Warszawy przyjechał Karol Wedel. Założył cukiernię i pracownię słodyczy. Syn – Emil zakład rozwinął i w końcu XIX wieku wybudował fabrykę przy ul. Szpitalnej. Jednak największe sukcesy firma odnosiła za czasów Jana Wedla, czyli wnuka Karola. Uczył się chemii spożywczej, ale także zapoznawał się dokładnie z maszynami służącymi do przetwórstwa żywności. W fabryce ojca zaczął pracę dopiero, gdy miał 38 lat, a przejął ją całkowicie w wieku lat, 45 kiedy to umarł jego tata Emil – od niego zresztą istnieje wszystkim dobrze znana nazwa „E. Wedel”. W 1929 zaczął budować fabrykę na Pradze. Pomimo wielkiego kryzysu udało mu się ją dokończyć. Inwestował dużo, na przykład kupił kamienicę na Foksal 15, czy zbudował na rogu Madalińskiego i Niepodległości kompleks mieszkaniowy dla swojej kadry kierowniczej. Sam mieszkał na Narbutta 7 i to historią tej kamienicy jesteśmy w czasie naszej wędrówki najbardziej zainteresowani. Należała do Michaliny Czarneckiej – miłości życia Jana Wedla. Rozpoczęła tam budowę domu czynszowego. W takim stanie odkupił to Wedel, wykończył i odsprzedał swojej towarzyszce. Wszystko szło wręcz idealnie aż do czasu wojny, a właściwie po jej zakończeniu, kiedy to Wedlom zostało odebrane dosłownie wszystko. Przydzielono mu kawalerkę w mieszkaniu dozorcy przy Szpitalnej – budynku, który wybudował jego tata…. Utracił kamienice i fabrykę. Jednak nie poddał się tak łatwo i 1956 wytoczył proces władzom PRL. Dostał niewielkie odszkodowanie, które przeznaczył na witraże kościoła ewangelicko-reformowanego przez pl. Małachowskiego. Umarł w 1960 roku, a na jego pogrzeb przyszły tłumy. Kiedy pastor spytał, kto umarł, uzyskał odpowiedź „dobry człowiek”. Choć kamienica nie należała już do rodziny Wedlów w pamięci ludzi na zawsze zostanie kamienicą Słodkiej Pani – tak mówiono na Michalinę Czarnecką. Ciekawym jej elementem jest płaskorzeźba w postaci pastuszka grającego na trąbce pasącym się owieczkom. Jest to rodzaj godła, dość rzadko stosowany w Warszawie.

Narbutta 8

Po przeciwnej stronie roztacza się przed nami kolejna kamienica, której historia dowodzi, że ulica Narbutta jest ulicą na wskroś słodką, nie tylko ze względu na swój urok, ale bardziej „cukrowe” historie z nią związane. Tu, bowiem swój dom zbudowała w roku 1938 rodzina Demby. Saga tego rodu sięga XVI wieku, ale nie ma tu niestety miejsca by wszystko wspomnieć, zatem zacznijmy od ich Warszawskiej historii. Władysław Demby trafił do Warszawy kilkukrotnie. Raz na przykład, kiedy związał się z Anielą z Diehlów. Potem jednak możliwości rozwoju pognały ich do Kijowa. Niestety wybuch I wojny światowej oraz wojna domowa w Rosji mocno zagrażała państwom podbitym przez imperium, więc małżonkowie z dziećmi uciekli do Warszawy. Władysław włącza się ze wszystkich sił do walki o niepodległość Polski jak wcześniej jego ociec i dziadek walczący w powstaniach listopadowym i styczniowym. Widać, bowiem, że choć przedsiębiorczość mieli w genach i mogli spokojnie siedzieć w swoich majątkach zawsze angażowali się w sprawy ważne dla kraju. W odbudowującym się z ruiny kraju Władysław w 1924 roku zostaje dyrektorem w powstającym Banku Cukrownictwa. W sprawach zawodowych i rodzinnych naprawdę mu się powodzi. Rośnie jego pozycja także w branży finansowo-skarbowej. Już w 1934 kupuje parcelę na ulicy Narbutta 8. Na miejscu jednopiętrowego domu przy samej ulicy powstaje wg projektu Antoniego Jawornickiego trzypiętrowa kamienica. Koncepcja jest prosta i elegancka. Panoramiczne okna, regularna bryła i pewna lekkość to przykład klasycznej idei funkcjonalizmu. Na początku wojny w 1939 cała rodzina z dziećmi i ich rodzinami zajmuje kamienicę chcąc po prostu uniknąć grabieży lub niechcianych dzikich lokatorów. Bardzo dobrze zorganizowali się w tych trudnych czasach, nie tylko w obronie własnych dóbr. Leszek Demby zgłosił się do Legii Akademickiej, a jego siostry, jako wolontariuszki do szpitala ujazdowskiego. Kiedy z kolei nastał czas okupacji wszyscy zajmowali się działaniami konspiracyjnymi. Nawet, kiedy zostali usunięci przez Niemców z Narbutta, działali dalej w zmienionych na mieszkania biurach Banku Cukrownictwa i przedwojennym domu przy ulicy Flory. Z tego domu 1 sierpnia 1944 ruszyły dwa oddziały skoszarowanych tam wcześniej żołnierzy atakując siedzibę gestapo przy Al. Szucha. Ginie wtedy Leszek Demby. Kilka dni później zamordowana zostaje Zofia, prawdopodobnie w egzekucji przy Dworkowej. Aniela, Władysław i Jadwiga oraz dzieci Jadwigi Zofii przeżyli i trafili do obozu w Pruszkowie. Niestety koniec wojny dla wielu ludzi nie oznaczał końca cierpień. Kiedy Jadwiga zdołała wrócić do domu przy Narbutta zobaczyła jak funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa wynosili ich cenne meble. Powiedzieli jej, że urząd przejął kamienicę, a ją samą wypchnięto. Ojca aresztowano oraz przetrzymywano w więzieniu na Rakowieckiej i Koszykowej. Dostał tam udaru i paraliżu, po czym został zwolniony, bowiem dowiedział się, że aresztowanie nastąpiło przez pomyłkę. Niedługo później zmarł. Bardzo aktywnie działała za to Jadwiga. Dzięki temu dała szanse swojemu dziecku oraz dwóm dzieciom siostry na lepsze życie. Każde z nich ukończyło studia. Budynek nadal objęty jest roszczeniami dawnych właścicieli, a także pozostaje na liście kamienic i budynków, wobec których prokuratura ma wątpliwości, co do reprywatyzacji.

Ciekawostka

Dom jak pisałam wcześniej powstał w 1938 roku, ale oficyna z tyłu również należały do rodziny Demby i datuje się ją na lata 1922-23. Dziś chyba stoi pusta i nieużywana.

 

Narbutta 9

Naprzeciw kamienicy rodziny Demby widnie dom – odstający od innych „wzrostem”.  Był własnością Pana Ludwika Knastera i jego żony. Zamieszkali tam jego syn z żoną. Jedni znać mogą Bronisława Knastera – wybitnego matematyka, twórcę krzywej K, drudzy mogą kojarzyć Marię – żonę występującą, jako Maria Morska chociażby w kawiarni „Pod Pikadorem” gdzie stała się ulubienicą warszawskiej bohemy. Kiedy się tu wprowadzali mieli za sobą 6 lat małżeństwa, w czasie, których wiele się działo – wojna, romanse, znaczące zmiany zainteresowań i generalne poszukiwanie siebie. Zresztą małżeństwo do końca będzie miało taką właśnie dynamikę. Bronisław Knaster był typem perfekcjonisty – samodzielnie nawet sadził róże w ogrodzie na tyłach domu. Kiedy zbliżała się wojna, zabrał żonę i wyjechał do Lwowa. Wszyscy w jakimś stopniu mieli pochodzenie żydowskie, które musieli ukrywać, szczególnie po zajęciu Lwowa przez Niemców. Wojnę przetrwali. Maria jednak w tym czasie wdała się w romans z lekarzem Hermanem Rubinrautem, z którym zresztą mieszkali we Lwowie. Po wojnie w 1945 zmarła nagle na atak serca, choć padło podejrzenie, że jednak była to śmierć samobójcza. Mąż jej wrócił do Polski, do Wrocławia i tam kontynuował pracę. Do śmierci nie wrócił już do Warszawy, a zatem i na Narbutta. Ciekawostką jednak samej kamienicy jest fakt, że widnieje tam tabliczka z numerem domu i starą nazwą – Narbuta.

Narbutta 14

Przechodząc na drugą stronę przez przecinającą Narbutta Sandomierską widzimy pokaźnych rozmiarów budynek, który należy do szkoły podstawowej nr 85 im. Benito Juareza. Zaprojektowany został w stylu narodowego historyzmu przez Witolda Matuszewskiego i oddany do użytku w 1927. Ciekawostką może być fakt, że w 1931 roku istniała tu dobrze wyposażona sala chemiczno-fizyczna służąca także 10 innym szkołom i ich uczniom, a nauczyciele spotykali się raz w tygodniu by ustalić plan działania i korzystania ze sprzętu. To była dopiero logistyka! W czasie okupacji nauczyciele z tej placówki kontynuowali pracę przy Naruszewicza. Sam obiekt nie został szczęśliwie zniszczony i mógł wznowić swoją działalność już 1945 roku. Od 1948 roku podczas Światowego Kongresu Intelektualistów we Wrocławiu zostaje przyjęta propozycja nadania Szkole Nr 85 imienia Benito Juareza. Był to pierwszy prezydent Meksyku i od tamtej pory szkoła współpracuje z Ambasadą Meksykańską. Sama autorka tego tekstu ukończyła ją w 1998 i pamięta, że od 1996 w szkole rozpoczęto nawet naukę j. hiszpańskiego. Dzięki temu na wszelkiego rodzaju akademiach śpiewane były piosenki w tym języku. Do dziś w głowie mi brzmi:

„Viva, viva la amistad

Mechicano Polaka

Przyjaźń polsko-meksykańska

Niechaj wiecznie nam trwa.

Escuela znaczy szkoła

Przyjaźń znaczy la amistad….”

Narbutta 17

Porzucając szkolne sentymenty ruszamy w dalszą podróż, już parę kroków dalej, po przeciwnej stronie widzimy kamienicę, która należała do 25-cio osobowej spółdzielni Baku Polskiego – Concordia. Ukończona w 1930 roku wg projektu Henryka Wąsowicza posiadała mieszkania nawet do 190m. Były one tak drogie, że za ich wartość można było sobie zbudować wille. Jednak mieszkańcy mieli w środku luksusy – zsypy na śmieci w kuchniach, antresole no i powierzchnia plus sielskie otoczenie. Kamienica i jej mieszkańcy podzieliła los okupowanej Warszawy, a ponieważ w jednym z mieszkań działała konspiracyjna drukarnia – mieszkańców wypędzono i rozstrzelano, a budynek spalono. Po wojnie oczywiście własność została odebrana spółdzielni. Jednak ta się nie poddała i od lat 60 sukcesywnie przywracała mieszkania prawowitym właścicielom. Teraz w kamienicy mieszkają najczęściej potomkowie pierwszych lokatorów. W 2004 roku to właśnie z ich pomysłu odsłonięto tablicę upamiętniającą niemiecką egzekucję wymieniając wszystkich z imienia i nazwiska. Do dziś wspominany jest również niezwykły dozorca, który tak polerował schody, że można było się na nich nieźle wywrócić, z kolei ogród, o który dbał dwukrotnie otrzymał nagrodę miasta stołecznego Warszawy.

Kamienica naprawdę jest piękna i znów powiało tu wielkomiejskością. Ale nie na długo…

Narbutta 19

Zaraz obok 17 stoi rozpadająca się kamienica o numerze 19, którą niechcący można ominąć, bo stoi już bardziej na ulicy św. Szczepana. Wygląda na mocno zaniedbaną oraz niezamieszkałą. Istnieje jednak podejrzenie, że ktoś tam bytuje. Ja pamiętam jeszcze dobrze tę kamieniczkę z czasów swojego dzieciństwa i ona nic a nic się nie zmieniła, a wtedy na pewno byli tam lokatorzy choć nie wiem czy już wtedy nie było to mieszkanie trochę na dziko. Od strony terenu parafii widać posiekane ostrzałem powstańczym ściany. Niezbyt wiele wiadomo o jej historii. Prawdopodobnie powstała koło roku 1930.

Narbutta 18

Po drugiej stronie , dość mocno odsunięta od ulicy stoi sobie pałacyk, który skrywa losy rodu Hiszpańskich. A jest to kolejna historia, o jakiej należy wspomnieć przy okazji spaceru po ulicy Narbutta. Było ich trzech każdy Stanisław – I, II i III. Mieli żony Zofie i byli szewcami. Prawdopodobnie od 1838 Stanisław I posiadał na ulicy Długiej własny sklep i warsztat. Poślubił Zofię z Wróblewskich. Sam podobno był nieślubnym dzieckiem księcia Konstantego Romanowa i księżnej Heleny Lubomirskiej. Bardzo dobrze radził sobie w biznesie. Upatrywano w nim następcę Kilińskiego. Miał nawet romans z polityką, ale ten w 1861 roku skończył się aresztowaniem i zesłaniem. Po roku zesłania wrócił do domu i nie chciał mieć już z tym wszystkim nic wspólnego. Był jednak bardzo wrażliwy na biedę innych, więc na przykład zaopatrzył Władysława Laskowskiego skazanego na 30 lat w głębi Rosji w narzędzia, które pomogły mu pracować i tworzyć buty, które podobno nazywano „obuwiem warszawskim”. Inwestycja się opłaciła, bo zesłańcy zwrócili kwotę, a Hiszpański przeznaczył całość na Związek Polskich Zesłańców. Umarł w roku 1890, ale zostawił potomka – Stanisława II, który prowadził zakład ojca z wielkim rozmachem, ale zmarł 9 lat po nim. Na szczęście (choć w sumie w nieszczęściu) wśród osieroconych dzieci był kolejny Stanisław III i to on został następcą zakładu. Długą drogę przeszedł. Mieszkał w Galicji, wspomagał rewolucjonistów, a z zamiłowania był etnografem i gdyby chciał mógł być zawodowo prawnikiem czy polonistą. Jednak zgodnie z tradycja zajął się szewstwem. Firma rodzinna działała na Krakowskim Przedmieściu 7. Starał się pozyskiwać najlepszych szewców, witał klientów, a żona zajmowała się rachunkami i księgowością. W końcu na początku lat 20-stych wybudowali dom na Narbutta 18. Dworek miał być dobrym miejscem na warsztat dzięki dobremu nasłonecznieniu. Szewcy woleli jednak pracować samodzielnie, więc miejsce to stało się domem rodzinnym Hiszpańskich. W 1934 roku firma popadła w ogromne kłopoty przez oszusta, który wyprowadził ogromne ilości materiałów. Niedługo potem wybuchła wojna. Kolejny Stanisław już – IV został zmobilizowany. Ojciec jak mógł strzegł majątku. Niestety zginął w bombardowaniu. Syn z kolei został wzięty do niewoli. Nie udało się odbudować rodzinnego biznesu w nowych realiach i w nowym systemie, ale rodzinie udało się z czasem odzyskać posiadłość. Dziś nieco zaniedbana, ale obdarzona szacunkiem przez wszystkich, którzy znają tę historię.

Narbutta 21

Zaraz niedaleko hiszpańskich, akurat stoi kościół św. Szczepana. Niesamowite miejsce moich wspomnień z młodzieńczych lat, w których ten kościół, choć właściwie „nie-kościół” stanowił bardzo ważny element. Zawsze mnie zastanawiało, że nie jest to jakaś potężna budowla z dzwonnicą, tylko taka sobie mała kapliczka, czy dom parafialny. Kiedy podchodziłam do pierwszej komunii świętej to właśnie tam na świeżo odmalowanych ławkach siedzieli pięknie przyczesani chłopcy i przystrojone na biało dziewczynki. W ogóle fajnie wspomina się te czasy, kiedy siedziało się na tych ławkach podczas wakacyjnych mszy. Jednak wracając do rysu historycznego. Z posiadłością tą wiąże się kolejna niesamowita saga rodowa. Tym razem jej bohaterami są Dunin-Markiewiczowie. Maria i Piotr Dunin-Markiewicz mieli dziewięcioro dzieci – ośmiu synów i jedną córkę. Najbardziej znanym z całego rodzeństwa był Kazimierz Józef – dramaturg, malarz, autor scenografii, ale także ekonomista i prawnik. Jednak z puntu widzenia naszego spaceru najważniejszą postacią jest akurat Mieczysław. Urodzony w Odessie, ukończył politechnikę Lwowską i w 1909 uzyskał tytuł inżyniera. Po praktykach odbytych w Wiedniu został przedstawicielem firmy Brown Boveri, jednak ma ambicje posiadać własną firmę. Pod koniec pierwszej wojny światowej podejmuje takie kroki i zakłada fabrykę obrabiarek – przedsiębiorstwo o nazwie Tehate, którego zostaje dyrektorem. Pomysłodawca ma jednak jeszcze większe plany i nie osiada na laurach. Angażuje się, więc w działalność innych firm. Biznes kręci się na tyle dobrze, że Pana Dunin-Markiewicza wraz z żoną stać na zbudowanie sobie pałacyku na Mokotowie. Willa powstaje w latach 1925-26. Jest delikatna, neoklasycystyczna z półkolistym tarasem od strony ulicy. Z boku z kolei gdzie znajdują się schody do drzwi wejściowych na górze mamy dwie płaskorzeźby, Przyglądając się im można dojrzeć dość ciekawe antyczne obrazki – fauna uwodzącego nimfę oraz satyra i nimfę w namiętnym pocałunku. Trudno się nie zgodzić, że nie są to kompozycje typowe dla kościelnych obiektów. Małżeństwo sprzedało willę już w 1926 roku. Późniejszymi właścicielami byli Teresa i Kazimierz Lubomirscy, którzy oddali ją w 1947 roku jezuitom. Henryk Lubomirski – najstarszy syn Teresy był właśnie Jezuitą. Zniszczona w czasie wojny i spalona w czasie powstania została odnowiona przez Jerzego Gieysztora. Postawiono tam ogrodzenie z kolumnami toskańskimi, które dziś obrasta bluszczem. W willi zamieszkał August Hlond, który żył tu do końca swych dni w 1948. Kolejny prymas wybrał już inne miejsce zamieszkania, ale za to w 1949 erygował tu parafię św. Szczepana. Dziś jest to piękny zabytek ukryty wśród otaczających go innych obiektów. Nie pełni roli kościoła od momentu wybudowania tegoż w 2000 roku.

Narbutta 23, 25, 25a, 27

Za kościołem rozciąga się dość duża posesja, która została w 1922 roku zakupiona przez Jana Wędrychowskiego. Zabudowana przez architekta Aleksandra Gut-Gutowskiego. Wiele obiektów powstało na tyłach widzianego dziś z perspektywy ulicy domu. Niestety brama wejściowa na podwórze nie jest dostępna i otwarta dla obecnych trzeba, więc wierzyć opisom, że w czasach Jędrychowskiego znaleźlibyśmy tam oficynę wyglądającą jak pałac, galerię sztuki i oranżerię. Sam właściciel posiadał firmę produkującą meble stylowe. Wyróżnił się też tym, że w czasie, gdy po odzyskaniu niepodległości polska nadal musiała walczyć o swoje granice, a armia poniosła klęskę w wyprawie kijowskiej, zgłosił się na ochotnika do wojska, choć miał już 49 lat. Z ochotniczym pułkiem 203 przeszedł niebezpieczny szlak bojowy, za co został uhonorowany Krzyżem Walecznym i Orderem Virtuti Militari. Niestety jego sytuacja w latach 30-stych nie wyglądała dobrze. Poczynił, więc takie kroki: nieukończony dom pod nr 23 sprzedał w 1936 roku – na jego miejscu małżeństwo Tarnowskich wzniosło trzypiętrową kamienicę, ale prawdopodobnie wykorzystując już to, co zostało zbudowane przez Wędrychowskiego. W 1931 pozbył się parceli nr 25 i tam wzniesiono trzypiętrowy dom dla Reginy Singerowej. Architektura tych kamienic jest wyraźnie modernistyczna, a nawet funkcjonalistyczna oraz posiada bardzo charakterystyczne w tamtym czasie wykusze tworząc te obiekty bardziej barwnymi i dynamicznymi.

 

Narbutta 22

Pozostając przy epitetach kończących poprzedni opis przenosimy swój wzrok na fantazyjny falowiec pod numerem 22. Antoni Jawornicki – architekt, który był już wspominany przy okazji ulicy Narbutta. Zbudował, bowiem kamienicę Państwa Demby. Tutaj z kolei przy Narbutta 22 możemy jednak oglądać zupełnie inne jego dzieło. Daje to tylko przykład tego jak bardzo uzdolniony i wszechstronny był ten budowniczy. Dom jest jednak ciekawy nie tylko ze względu na kształt, ale też na historię rodu z nim związanego. Należało on do rodziny Broniewskich. Mieczysław – senior rodu był nieziemsko bogatym przedsiębiorcą związanym z cukrownictwem. Z wykształcenia chemik przejął w pewnym momencie część udział w cukrowych przedsiębiorstwa ojca, ale angażował się w wiele własnych przedsięwzięć. Był między innymi w właścicielem cukrowni Grabów i Opalenica. Świat leżał u jego stóp a majątek rósł. Niestety był jednym z tych nieszczęśników, którzy zastosowali się do zarządzenia ministra Eugeniusz Kwiatkowskiego zakazującego posiadania lokat zagranicznych. Wycofał, więc swe depozyty z Genewy i Londynu i zainwestował w budowę kolejnej cukrowni oraz produkcję filmów. W 1935 zakupił „pałacyk cukrowników” przy Mokotowskiej 25 i zlecił Jawornickiemu jego przeróbkę, a w roku 1938 zbudowany został ów falowiec. Było to unikatowe osiągniecie stylu art deco. Charakteryzują go falujące loggie oraz okrągłe okna zwane z bulajami – tak jak małe okna na jachtach zwane iluminatorami. Tu służy to po postu, jako ekstrawaganckie doświetlenie budynku. Właściciele cieszyli się tą perełką zaledwie rok. W 1939 salwowali się już ucieczką do Francji. Niestety i tam nie zaznał spokoju, bo północna część Francji po klęsce w 1940 znalazła się we władaniu Niemiec. Broniewskiego nieustannie tropiło gestapo. Powodem były zaszłości z niemieckim plantatorem, który postanowił się zemścić wykorzystując zaistniałą koniunkturę. Rodzina przetrwała, choć przez pewien czas ukrywali się w skrajnie prymitywnych warunkach. Niemniej jednak synowie ukończyli we Francji studia, a córka Maria zdała maturę.  Po wojnie Mieczysław wraca do kraju, ale zderza się z brutalną rzeczywistością – majątki rozparcelowane, a on sam zdegradowany. Nie mógł liczyć na nic, a córka, która wróciła z nim nie mogła tu nawet rozpocząć studiów – jako córka byłych ziemian. Można powiedzieć, że wszystko to było karą za wcześniejsze sukcesy….. Zabrano im zarówno Narbutta 22 jak i Pałac przy Mokotowskiej 25. Broniewski jednak nie poddawał się, wynajął kawalerkę przy Nowogrodzkiej i starał się działać przedsiębiorczo. Bez większych sukcesów. Jedyny, zatem dochód rodziny to willa w Juracie wynajmowana letnikom. To tam córka Maria poznała swojego przyszłego męża Arnolda Szyfmana. W 1958 roku ukończyła studia, które kontynuowała w USA. Tam chciała przenieść się z mężem starszym od niej o 48 lat, ale odmówił, więc doszło do rozwodu.  W 1966 zmarł senior rodu Mieczysław Broniewski. Córka zmarła w USA już, jako żona Jacksona Gordona Smitha a brat Andrzej w Kanadzie. Najmłodszy brat z kolei wydał wspomnienia pod wymownym tytułem Adieu with Poland – do Polski po prostu nigdy nie wrócił.

Narbutta 24

Przechodząc dosłownie krok od urokliwego falowca napotykamy kolejną kamienicę i kolejną sagę rodową. Tym razem rodziny Sachsów. Pochodzili z Kijowa i już tam niejaki Karol Sachs rozpoczął prężną aktywność cukrowniczą. To tam został prezesem organizacji grupującej wszystkie przedsiębiorstwa cukrownicze imperium. Jednak w czasie I wojny światowej, a szczególnie niespokojnych czasów w Rosji uciekł z rodziną do Polski. Tu również ciężko pracował i za swój trud uhonorowany został Orderem Polonia Restituta. Jego syn – po dziadku Maksymilian wzrastał w luksusowych warunkach. A sam Karol wzniósł na Narbutta 26 dwa luksusowe domy projektu Lucjana Krongolda. Jeden stoi przy samej ulicy a drugi, identyczny z tyłu. Co było zupełną nowością dom posiadał podziemny garaż. Zbudowany w latach 1936-37 a utrzymany w stylu funkcjonalizmu. Kolejnym nietypowym rozwiązaniem jest brak, jako takiej bramy. Do domów projektowanych przez Krongolda wchodziło się bezpośrednio z ulicy. Karol Sachs poza swoimi przedsiębiorstwami wspierał także żydowską gminę wyznaniową, której był wiceprzewodniczącym. Całe to rajskie i ekskluzywne życie legło w gruzach wraz z nadejściem II wojny światowej. Ze względu na żydowskie pochodzenie Karol Sachs i jego syn Maksymilian uciekli na Kubę. Życia dokonał w USA niestety w wyniku chorób i braku pieniędzy.

 

Narbutta 29

Budynek przy ulicy Narbutta 29 jest budynkiem po części przed a po części powojennym. Warto wspomnieć, że mieszkałam tam sama ja, (czyli autorka), ale nie będziemy wspominać sagi mojego rodu ;). Wcześniej stał tu, bowiem niezwykłej maści dworek z mansardowym piętrem pełniący funkcję siedziby Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego. Widniał na nim napis Polskie Towarzystwo Radiotechniczne i skrót PTR. Za głównym gmachem z kolei były warsztaty, gdzie produkowano sprzęt radiowy. 18 sierpnia 1924 roku wyemitowano pierwszą audycję radiową z próbnej stacji. Potem wyburzono jedną ścianę tego dworku i stworzono 80-cio metrowe studio. Stacja zaczęła regularnie nadawać od 1 lutego 1925 roku. Codziennie między 18-19 przez godzinę można było posłuchać koncertów lub odczytów. Jednak szybko wyrosła konkurencja z racji tego, że popyt jak wiadomo rodzi podaż. Powstało wtedy Polskie Radio z polskim kapitałem, bo warto wspomnieć PTR to kapitał polsko-angielsko-francuski. Postacią związaną z konkurencją był Paweł Mackiewicz, który kupił działkę przy Narbutta 30, wzniósł willę. W wyniku zakulisowych działań PTR odebrano koncesje już w 1926 roku. Warto przy tym wspomnieć, że PTR w jednej trzeciej należał do spółki angielskiej, której właścicielem był jeden z wynalazców radia i telegrafii bezprzewodowej Guigliemo Marconiego. Dziś po dworku ani śladu, choć jego mury wplecione są w trzypiętrową istniejącą kamienicę.

Narbutta 32

Na rogu z ul. Wiśniową widnieje sobie kamienica zbudowana przed wojną, na jej fasadzie widać ślady strzałów z czasów powstania. W okresie międzywojennym była to luksusowa czynszówka Władysława Günatha zaprojektowana przez niego samego. To dopiero ekstrawagancja!

Narbutta 33

Po drugiej stronie stoi sobie dumnie duży budynek przy Narbutta 33. Został zbudowany w latach 1926-1928, a zaprojektowany przez Mariana Kontiewicza. W 1921 na Mokotów przeniesiono bowiem Szkołę Rękodzielniczą założoną przez Towarzystwo „Rozwój”. Mieściła się początkowo przy Nowowiejskiej 27. Najpierw przenosiny miały być czasowe, ale kiedy okazało się, że zmiana jest stała podjęto decyzję o budowie tego budynku. W szkole tej dziewczęta mogły uczyć się za niewielkie pieniądze i zdobywać zawód. Proponowane szkolenia obejmowały introligatorstwo, kwiaciarstwo, czapnictwo, zabawkarstwo i inne. W czasie okupacji SS przejęło tę kamienicę na swoje koszary. Próbował jej zdobyć batalion Bałtyk, ale bez sukcesów. Z kolei po wojnie dobudowano jeszcze cześć budynków przy Wiśniowej. Działały tam różne szkoły – Podstawowa nr 57, Liceum Tadeusza Boya-Żeleńskiego do 2013 roku. Teraz szkoły dla dorosłych oraz odzieżówka i technikum fryzjerskie. Widać, zatem, że miejsce to ma stałe tradycje edukacyjne.

Narbutta 39

Na rogu przed „wejściem” na skwer Antoniego Słomińskiego mieści się kamienica, która na pierwszy rzut oka nie robi wrażenia jakiejś bardzo historycznej, nie przykuwa wzroku formą, fasadą czy zdobieniami. Niemniej jednak kryje w sobie niezwykle ciekawą historię małżeństwa Pankratzów. Kupili oni tę posiadłość w roku 1929. Już około dwóch lat później stała w tym miejscu prosta dwupiętrowa kamienica. Kiedy zobaczy się ją od strony podwórza odkryć można ruinę tarasu stanowiącego dziś po prostu balkon dla mieszkańców pierwszego piętra (choć raczej nie używany). Wzrok przykuwa jednak jego stan, który w skrócie opisać można, jako „wymagający remontu”. Nie wiadomo do końca czy Państwo Pankratzowie mieszkali sami w tymże domu, czy też wynajmowali jakąś jego część, wiadomo jednak, że mieli dwójkę dzieci – Mirosławę i starszego od niej o trzy lata Włodzimierza. Za tym nazwiskiem idzie jednak nie tylko historia samej mokotowskiej kamienicy, ale także znanych kiedyś bardzo szeroko zakładów przemysłowo-handlowych Wilbra. Ojciec i głowa rodziny to dyrektor tejże firmy. Przeciętny konsument pewnie nie będzie wiedział o niej nic dopóki nie okaże się, że było coś na rodzaj przedstawicielstwa firmy Schwarzkopf. Ich drogeryjnym logotypem, bowiem była charakterystyczna czarna głowa kobiety. Taki właśnie czarny profil kobiety zobaczyć można było na szamponach nazwanych „czarna główka” z włosopołyskiem. Taką właśnie czarną postać kobiecą a właściwie jej głowę dziś możemy oglądać na szamponach firmy Schwarzkopf. Z relacji Mirosławy Pankratz wynika, że firma działała i miała się dobrze nawet w czasie okupacji, choć wiadomo, że zerwano wtedy współpracę z niemieckim Schwarzkopfem. Tymczasem już po wojnie Wilbra przerzuciła ciężar swojego przemysłu na farby, ale do skór, które zresztą produkowała też wcześniej.  Dzieci małżeństwa Pankratzów walczyli w czasie wojny, uczestniczyli w konspiracji, a później w powstaniu Warszawskim. Szczęśliwym trafem wszyscy wojnę przeżyli. Państwo Helena i Wilhelm Pankratzowie umierają w latach 60-tych, a ich córka Mirosława odchodzi w 2014 roku, ale zostawia swoje wspomnienia w archiwum historii mówionej.

Skwer Antoniego Słonimskiego

Na przełomie XIX i XX powstał, jako planowany centralny plac i rynek Mokotowa. Grunty parcelował pod koniec XIX wieku późniejszy, pierwszy patron ulicy Georg Narbutt. Prawie od zawsze rosną tu charakterystyczne jabłonie. Właśnie fakt, że w tamtych czasach było tu pełno sadów i unosił się rajski i sielski zapach spowodował późniejsze nazwy ulic Wiśniowa czy Kwiatowa. Wracając jednak do Skweru – jego patron od 1997 roku to Antoni Słonimski, którego w zasadzie przedstawiać nie trzeba, ale dla przypomnienia dodam, że był pisarzem, dramaturgiem i poetą oraz twórcą grupy poetyckiej Skamander, o której do dziś krążą po Warszawie legendy.

Narbutta 50a

Po środku tego skweru przy Narbutta 50 stoi sobie budynek kina Iluzjon powstałego, w 1950 jako jedno z pierwszych kin po wojnie. Jego architektem był Mieczysław Piprek – koronny twórca kin w tamtym czasie np. Kino Ochota, 1 Maj czy W-Z. Początkowo kino miało zupełnie inną nazwę nadaną mu w wyniku zorganizowanego przez tygodnik Stolica plebiscytu. Jego czytelnicy uznali, że najbardziej odpowiednią nazwą będzie kino Stolica. Późniejsza zmiana wiązała się bezpośrednio z przenosinami Muzeum Sztuki Filmowej Iluzjon w 1997 roku. Jeszcze później, bo w 2012 roku dokonano wielkiego remontu i dzięki niemu istnieje teraz sala Stolica oraz Mała Czarna. Widzowie 30+ i mieszkańcy Mokotowa pamiętają ma pewno urocze poranki filmowe nadawane tam w weekendy. Teraz można tam zobaczyć bardzo stare filmy oraz załapać się, (choć bardzo trudno) na projekcje z muzyką na żywo.

Narbutta 50

Zaraz na tyłach kina znajduję się kamienica, która wyróżnia się architekturą wobec otaczających obiektów. Zaprojektowana przez Tadeusza Horocha (właściciela) i jego imiennika Zielińskiego, powstała w latach 1923-1926. Styl, jaki wtedy prezentowała przypominał w tym czasie francuski Hotel Lambert, jednak nie tylko budowa cechuje to miejsce, jako wyjątkowe, ale też historia, która za nim stoi.  Największe apartamenty z największym balkonem należały do właścicieli a inne mieszkania były wynajmowane. Niestety już na samym początku wojny w sam środek budynku uderzyła bomba. Właściciele, co prawda odbudowali, co się dało, ale w latach 70 ostatecznie rozebrano oficyny. Śladem zamian po bombie jest inny rodzaj cegły na elewacji. Warto przyjrzeć się i odnaleźć różnicę.

Przy miejscu tym warto przytoczyć tragiczną historię wojenną. W budynek, bowiem nie tylko uderzyła Bomba. Córka właścicieli w czasie wybuchu wojny była już mężatką z trójką dzieci, z czego jednym malutkim. Mąż jej Niemców nie cierpiał, a po 1920 wiedział też na co stać bolszewików. Postanowił najpierw znaleźć swój pułk a gdy to się nie udało, a byli blisko granicy z Rumunią podjęli decyzję o jej przekroczeniu. Prawie na granicy okazało się, że malutka czteroletnia córka ma gorączkę. To ich zatrzymało. Niestety mąż – wojskowy miał ogromnego pecha, bo dzień później polska została zaatakowana przez ZSRR, a on aresztowany. Zamordowany w Katyniu, gdzie nawet odnaleziono jego medalik. Spowodowało to, że pani Iwona (ta właśnie córka, która wtedy tego pechowego dnia miała gorączkę) do dziś udziela się w środowisku Katyńskim.

Również powstanie odcisnęło piętno na tej okolicy. 3 sierpnia, czyli już na początku zrywu, mieszkańcy zostali wypędzeni z budynku i przesiedleni do koszar Stauferkaserne przy ulicy Rakowieckiej. Po jakimś czasie kobiety i dzieci jednak zwolniono, więc mogli oni wrócić na Narbutta 50. Z kolei 23 sierpnia przybył tam ksiądz świadomy tragedii dziejących się dookoła. Udzielił wszystkim rozgrzeszenia. W tym celu wszyscy zebrali się na podwórku. Następnego dnia mieszkańcy znów zostali wypędzeni i zmuszeni do opuszczenia kamienicy. Po zakończeniu wojny niestrudzony Tadeusz Horoch bierze kredyt i naprawia kamienicę. Na próżno. W 1953 roku zostaje ona znacjonalizowana a właściciele dostają z łaski jedno mieszkanie. Nie mogą już jednak czerpać dochodu z wynajmu innych mieszkań więc muszą się nagimnastykować by spłacać kredyt. Kamienica ulegała powolnej degradacji.

Narbutta 52

Obok kamienicy Horochów stoi kamienica Feliksa Gadomskiego i Kazimiery Neronowicz-Szpilewskiej, wybudowana w latach 1929-1930, w okresie ożywionego i gwałtownego rozwoju tej części Warszawy. W całkiem niezłym stanie przetrwała wojnę i czasy powojenne. W czasie powstania mieszkańcy stworzyli w podwórku ołtarzyk by móc modlić się wspólnie o przeżycie i zwycięstwo, a w 1948 ufundowano kapliczkę zaprojektowaną przez Zygmunta Święcickiego. Figurka Matki Boskiej wykonana została przez Janinę Tarkowską – mieszkankę kamienicy.  Dodatkową „atrakcją” tego miejsca jest fakt, że w głębi posiada oficynę, która przylega do murów więzienia na Rakowieckiej. Ciekawe czy mieszkańców dochodzą jakieś więzienne odgłosy lub może znajdują na podwórku jakieś grypsy…?

Dość gęsto było na Narbutta do tej pory. Historią za historią poganiała kolejne interesujące fakty z życia ulicy i jej mieszkańców, jednak teraz idziemy dość duży kawałek i zatrzymujemy się dopiero przy numerze 82.

 

Narbutta 82

Widzimy tutaj szare ceglane bloki poranione w czasie okupacji i powstania. Jest to 5 budynków położonych między ulicami Łowicka-Fałata-Rakowiecka-Akacjowa-Narbutta. Projektantem był Jan Stefanowicz, który dosłownie wszystko perfekcyjnie obmyślił – idealnie rozplanowane mieszkania, podwórka pełne zieleni, pralnie w suterenach sklep spożywczy, kawiarnia i sala zebrań. Wszystko to tworzyło tę enklawę właściwie samowystarczalną. Taka była idea funkcjonalizmu. Zabudowania powstawały w latach 1927 – 1932 dla Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie ma wątpliwości, że nazwa pochodzi od szarej cegły, jaką obłożone zostały budynki. Jak większość zabudowy Mokotowa i to miejsce nie zostało całkiem zmiecione z powierzchni ziemie, ale mocno poturbowane – wypalone domy, ostrzelane ściany. Po wojnie teren został przejęty przez Skarb Państwa. Spółdzielnia długo walczyła o zwrot parceli, a potem jeszcze o zwrot mieszkań konkretnym lokatorom. Od 1992 roku miejsce to wpisane jest do rejestru zabytków.

Narbutta 86

Dochodzimy już do końca wycieczki. Na finał został nam znów całkiem pokaźny gmach/gmachy Warsztatów Wyższej Szkoły Inżynierskiej im. Hipolita Wawelberga i Stanisława Rotwanda. Dwóch bankierów, którzy nie wiedzieli do końca, co chcą zrobić z pieniędzmi. Postanowili, więc założyć szkołę i uczynili to w roku 1895. Prawda jest oczywiście bardziej złożona. Ich rody od lat już znane były z działalności filantropijnej i wspierania akcji dobroczynnych. Przeznaczyli 100 000 rubli, choć nie mieli do końca pomysłu, co chcą zrobić. Kolega Ludwik Natanson powiedział im o zapotrzebowaniu na techniczną szkołę średnią. Nie trzeba było długo czekać. Najpierw szkoła funkcjonowała na ul. Pankiewicza. Okazała się szybko za mała i przeniesiono ją do nowego gmachu na Mokotowską. W 1919 roku twórcy tej szkoły oddali ją państwu a 10 lat później stała się ona wyższą uczelnią. W latach 1933-34 wzniesiono na Narbutta halę warsztatową i budynek dydaktyczny. Od 1951 została włączona do Politechniki Warszawskiej.

Tym sposobem doszliśmy do końca ulicy. Z łatwością można zauważyć, że choć ulica paradoksalnie nie jest wcale długa to prawie każda jej kamienica skrywa jakieś ciekawe tajemnice. Ulica ta jest niepodzielną królową górnego i starego Mokotowa i choć na pewno obraziłaby się za to chociażby sąsiednia Madalińskiego, to niestety koniec końców musiałaby uznać wyższość koleżanki.  Serdecznie zapraszam do skorzystania z powyższego artykułu i udania się na samodzielny spacer i samodzielne odkrywanie tej jakże uroczej arterii.

Jednak zanim to uczynicie, już w najbliższą sobotę zaprszamy Was na prawdziwy wpólny spacer po ulicy Narbutta, który odkryje jeszcze więcej niż sam artykuł, dlatego tym bardziej zachęcam do uczestnictwa.
Tu link do wydarzenia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/490720864744096/

Ma być ładna pogoda, do zobaczenia 🙂

Uważasz, że to, co robimy jest wartościowe? Chcesz więcej?
Bardzo się cieszymy, bo robimy to właśnie dla Ciebie. Możemy powiadamiać Cię o nowościach na blogu. Żadnego spamu ani lania wody. Tylko nejciekawsze artykuły z danego tygodnia. 
Twój adres email jest u nas bezpieczny, a z listy powiadomień możesz się wypisać w każdej chwili.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here